Kościół

2010-10-16 19:21:47

Po rozwodzie eks utrudnia mi kontakty z dziećmi, zajęła cały nasz wspólny dom, wyrzucając moje rzeczy,
i mieszka tam z swoim konkubentem.
terroryzuje mnie mówiąc, iż gdybym się nie wyniósł to wyjedzie z dziećmi na drugi koniec polski.

moja była małżonka z wykształcenia katecheta nie rozmawia ze mną o dzieciach, na moje pytania odpowiada zdawkowo z niechęcią.

Czasami w niedzielę siostra katechetka prosi córkę o spiewanie psalmu w kościele, matka przychodzi z swoim konkubentem do kościoła i siada z przodu kościoła w ławce. Ja stojąc sam w pobliżu czuje się szczeże muwiąc jak w chlewie - chociaż to eucharystia.

Witam, bardzo trudno jest zrozumieć i pogodzić się rozstającym małżonkom z faktem, że ich problemy małżeńskie nie powinny mieć wpływu na kontakty dzieci z drugim rodzicem. Bardzo często w trakcie spotkań z psychologiem, mediatorem czy prawnikiem dzieci stają się niestety elementem przetargowym między rodzicami, którzy niedostrzegają, że w wielu sytuacjach wina leży po obu stronach (oczywiście nie mówimy tu o sytuacjach patologicznych, jak przemoc czy uzależnienia, gdzie separacja jest wręcz wskazana). Właściwie możliwość wyjścia z impasu polega na próbie skierowania uwagi małżonków przez bezstronnego specjalistę na obiektywne i racjonalne aspekty funkcjonowania rodziny, czyli częściowe wyłaczenie emocji negatywnych. Jest to trudne ze względu na niewybaczone krzywdy, upokorzenia, które wcześniej zdarzały się w związku i po latach urosły do monstrualnych rozmiarów urazów i niechęci do partnera.

Tudno jest mi powiedzieć, co powinien Pan zrobić, zwłaszcza że sam Pan nie precyzuje żadnych pytań ani nie wyjaśnia sytuacji własnego małżeństwa. Dla mnie jest to prośba o zrozumienie, pożalenie się w trudnych okolicznościach, jakie Pana spotkały, co potrafię zrozumieć, gdyż każdy potrzebuje takiego wsparcia. Jakby Pan mówił "Nie tak miało wyglądać moje zycie. Pragnąłem rodziny, dobrej żony, a co mi się przydarzyło". Taka postawa budzi zgorzknienie i zatwardziałość serca, które nie potrafi wybaczyć. W Pana słowach da się wyczuć oskarżenie żony za całą zaistniałą sytuację, jakby Pan wskazywał: "Ona jest winna temu, że nasze małżeństwo się rozpadło". Mówi Pan tu o dzieciach, że chce się z nimi spotykać, ale próbuje Pan walczyć o nie przeciwko żonie (eks to eks, ale jednak matce Pana dzieci). Piszę o tym do Pana, gdyż to Pan zgłosił się po radę, nie Pana żona. Pana żona może jeszcze tych trudności nie dostrzega. Od siebie musi więc Pan zacząć zmiany. Nie da się naprawić relacji, jeżeli nie postara się Pan uśmierzyć własną złość, zranioną dumę. Pierwszy element to spróbować wytłumaczyć sobie, że sytuacja Pana żony i konkubenta nie dotyka Pana osobiście. Rozumiem, że to boli emocjonalnie, że sprzeniewierza się Pana poglądom, ideom, przysiędze o nierozerwalności małżeństwa, ale nie ma sposobu na złagodzenie sytuacji, jak oddzielenie siebie jako męża i mężczyzny od bycia ojcem, bo według tego, co Pan pisze chce Pan być w pierwszej kolejności ojcem dla własnych dzieci. Dobrym sposobem na zniwelowanie wściekłości i pogardy (wyczuwam ją bardzo wyraźnie w Pana słowach) jest powtarzanie sobie, że w tym momencie jestem przede wszystkim ojcem, a prywatne życie mojej byłej żony mnie nie dotyczy, dopóki nie demoralizuje moich dzieci. I nie mam tu na myśli faktu, że oni żyją bez ślubu. Jeżeli postara się Pan być dobrym ojcem bez aspektu decydowania o życiu osobistym żony, to już tu istnieje większa możliwość dotarcia do jej serca i wzajemnego kompromisu. Ma Pan wybór albo tracić panowanie nad emocjami i nie zdobyć niczego rozpętując wojnę domową (a proszę mi wierzyć my kobiety potrafimy być bardzo uparte i być prawdziwymi sekutnicami, gdy nas ktoś rozłości), albo być jak mądry wojownik, który przegrywając jedną bitwę wygrywa wojnę całego swojego życia.

Nadmieniam również, że ma Pan prawo, a wręcz obowiązek walczyć o kontakt z dziećmi. I tu się przyda Pana pozytywnie rozumiany gniew jako umiejętność radzenia sobie z przeciwnościami, który jest zdolnością do tworzenia nowych pomysłów możliwości wyjścia z sytuacji a nie oskarżaniem innych. Polecam stronę internetową, gdzie są rozpatrywane sprawy z punktu widzenia praw ojca po rozwodzie: http://www.prawaojca.org.pl Uczulam jednak, że w sytuacji, gdzie zaistniało uzależnienie oraz przemoc, zarówno ta fizyczna, jak i psychiczna, czyli patologiczna zazdrość, złość, upokarzanie, nadmierna kontrola (bardzo niejasne pojęcia, na których małżonkowie latami potrafią żerować w tzw. walce o dzieci, nie rozumiejąc, że tym sposobem walczą jedynie przeciwko sobie) sąd może ograniczyć kontakty rodzica dla dobra dziecka. Tutaj też bym polecała poszukanie mądrego mediatora, doradcy małżeńskiego, który będzie się starał widzieć obie strony i wbrew pozorom nie brał w swoich sympatiach ani jednej ani drugiej strony konfliktu małżeńskiego. Mimo chwilowej poprawy samopoczucia jednego z małżonków, taka sytuacja najczęściej do niczego nie prowadzi.

Mam nadzieję, że trochę też z innej strony rozświetliłam ten problem. Życzę więc mądrych decyzji i opanowania, bo ma Pan o kogo walczyć - o dzieci. I oby walka nie kojarzyła się Panu ze zniszczeniem, a budowaniem relacji przez dzieci porozumienia z byłą żoną.

Pracownia Psychologiczno–Terapeutyczna w Gdańsku–Przymorze: http://www.badania-psychoterapia.pl

Alicja Drogosz


Komentarz

2010-10-20 20:19:34

Dziękuję za odpowiedź mam w niej informację zwrotną na temat tego jak czytana jest moja wypowiedź. Oczywiście nie chcę by złość kierowała moim postępowaniem.
W swoim czasie szukałem mediatora, ale psycholog, do którego dotarłem z rekomendacji wiceprezesa jakiegoś związku psychologów powiedział, iż mediacja jest niemożliwa ze względu na brak zainteresowania drugiej strony.

Ponieważ mamy doczynienia z portalem katolickim porostu zwróciłem uwagę na jedną sytuację cyt:
Czasami w niedzielę siostra katechetka prosi córkę o śpiewanie psalmu w kościele, matka przychodzi z swoim konkubentem do kościoła i siada z przodu kościoła w ławce. Ja stojąc sam w pobliżu czuje się szczerze mówiąc jak w chlewie - chociaż to eucharystia.
Matka moich dzieci mogłaby oszczędzić mi prezentowanie swojej nowej rodziny akurat przed samym ołtarzem. Uważam, iż moja osoba jest tam ważniejsza od jej konkubinatu i wydaje mi się oczywiste, że oni powinni sobie zasiąść gdzieś z tyłu, a może i tutaj muszę się pogodzić z faktem, iż mam zająć pozycję dla dalszej rodziny (tu stawiam pytanie).

W 2007 r. zdecydowałem się opuścić nasze mieszkanie matka moich dzieci właśnie zaczynała mieszkać z noworodkiem już nie moim, uznałem, iż wyprowadzając się ustabilizuje się moje życie.
Decyzję o wyprowadzce podjąłem tusz przed jej rozwiązaniem, więc postanowiłem być miły poszliśmy ostatni raz z byłą żoną razem do kina i na wspólną kolację poczym nie bez żalu opuściłem wspólny dom bez domagania się podziału majątku nowe mieszkanie kupiłem na kredyt.

Dzieci są, co weekend u mnie codziennie do nich dzwonię, natomiast dość szypko stało się problemem moje nawet krótkie odwiedziny u nich w tygodniu. Po roku zablokowała mi spędzanie świąd z dziećmi, znikała z nimi na ferie i na 3/4 wakacji.

Moim celem obecnie jest : wykradanie jakiś krótkich widzeń w tygodniu, - kilka razy próbowałem o to prosić matkę dzieci ale odmawia, w przypadku moich wizyt jakoś wpuszcza mnie do domu ale próbuje mnie mobingować wściekłymi hasłami po coś przyszedł, zwrotami dzieci pożegnajcie się z tatą, dzieci zabierajcie się natychmiast za naukę. Ze swej strony staram się nie komunikować z nią za pośrednictwem dzieci tylko zwracać bezpośrednio do niej.

Chciałbym z powrotem wywalczyć jakiś wspólnych świąt, a gdy dzieci się usamodzielnią podział majątku.
Wolałbym uniknąć walki sądownej, chciałbym znaleźć jakiegoś doradcę, który pomógłby mi w jakiś spokojny sposób w pracy nad relacjami z dziećmi, i w negocjacjach z ich matką tak, aby nie dać się wygryźć z ich życia dzieci bez nadmiernego rozkręcania konfliktu z nią.

Witam ponownie i dziękuję za uzupełnienie swojej wypowiedzi. Odpowiadając wcześniej na Pana pytanie zastanawiałam się czy przejąć beznamiętny ton specjalisty czy przedstawić bardziej emocjonalną stronę z pozycji kobiety. Rozumiem Pana rozgoryczenie, kiedy próby ustalenia kompromisu w kontaktach z dziećmi nie powiodły się. I widać tutaj, że starał się Pan wyjść z sytuacji z godnością. Odnoszę wrażenie, że w relacjach z dziećmi jest to strategia, która przyniesie Panu wygraną w postaci miłości dzieci.

Trudno deliberować dlaczego tak się zdarzyło w Państwa życiu. Jak pokazują różne sytuacje na świecie, czy chociażby w naszej polityce - nikt się nie czuje winny zaistniałemu konfliktowi. Na pewno gdzieś Pana żona się zagubiła. 3-letnie dziecko jest wystarczającym argumentem, aby zacząć układać sobie życie na nowo - tu już nie ma czasu zastanawiać się, czy konkubent jest odpowiednim partnerem czy nie, a ona tej decyzji nie podejmuje. Niewykluczone, że nieświadomie uderzył Pan w jej największą ranę, która dotyka jej małego dziecka, które nie jest owocem upoważnionego przez Kościół małżeństwa. Jest katechetką i myślę, że wartości chrześcijańskie są dla niej nadal ważne mimo komplikacji, jakie w jej życiu nastąpiły. Każda matka chce widzieć w swoim dziecku cudowny skarb, owoc poświęconego małżeństwa, małego świętego aniołka, a tu okazuje się, że stało się owocem nieformalnego związku. I proszę zauważyć, że Pan w to uderza, może nie słowami, ale swoją niewerbalną postawą - tutaj 2 razy już padły słowa: "Matka przychodzi z swoim konkubentem do kościoła i siada z przodu kościoła w ławce. Ja stojąc sam w pobliżu czuje się szczerze mówiąc jak w chlewie - chociaż to eucharystia" oraz "Uważam, iż moja osoba jest tam ważniejsza od jej konkubinatu i wydaje mi się oczywiste, że oni powinni sobie zasiąść gdzieś z tyłu". To są słowa, którym co prawda nie sposób odmówić słuszności, bo to jest Pana punkt widzenia jako męża, ale z jej strony może to zostać odebrane jako uderzenie w jej godność kobiety, jak również jej rodziny, jej małego dziecka, które jest dla niej w tym momencie świętością, tak jak wasze, wspólne dzieci. Uznawanie żony delikatnie mówiąc jako kobietę upadłą, grzeszną, na którą się patrzy z obrzydzeniem nie służy budowaniu dobrej relacji między dawnymi małżonkami. Niech Pan przez swoje nieświadome zachowanie wynikające z pogardliwego oceniania nie powiększa jeszcze bardziej jej zamieszania emocjonalnego. Jeżeli się waha we własnych decyzjach dotyczących ponownego małżeństwa, to swoim prawdziwym wybaczeniem jej niewierności i zdrady może się Pan przyczynić do odzyskania nie tylko dzieci, ale i byłej żony. Może warto na jakiś czas odejść, spotykać się z dziećmi poza jej domem, aby miała czas na ułożenie relacji z Panem bez poczucia winy i wstydu za to, co również ona zepsuła w waszym małżeństwie. Budzi to złość i chęć odwetu na Panu, bo staje się Pan jej żywym wyrzutem sumienia!

Jak sprawdzić, że naprawdę wybaczyłem? Zadać sobie pytanie, czy gdyby chciała do mnie wrócić, potrafiłbym przyjąć z taką samą miłością jak własne dzieci tego małego 3-latka? Czy potrafię o niej myśleć bez pogardy, nie widzieć jej w objęciach tamtego innego mężczyzny bez złości? To są trudne pytania, ale bardzo weryfikujące stosunek mężczyzny do kobiety.

"... a może i tutaj muszę się pogodzić z faktem, iż mam zająć pozycję dla dalszej rodziny (tu stawiam pytanie)". Aby odpowiedzieć na to pytanie powołam się na naukę Ojca Wojtka Żmudzińskiego i odpowiem pytaniem na pytanie: A co odpowiada Panu Pana sumienie w tej kwestii?...

Pozdrawiam

Pracownia Psychologiczno–Terapeutyczna w Gdańsku–Przymorze: http://www.badania-psychoterapia.pl

Alicja Drogosz