Zranienia z przeszłości i wzrastanie

2015-10-17 16:51:23

Witam bardzo serdecznie, mam 20 lat, jestem studentem na II roku. Pragnę podzielić się pewnym, niełatwym doświadczeniem i poprosić o radę.
Jedną z największych trudności w moim duchowym życiu jest relacja z ojcem. Zacznę od tego, że on i moja mama nie tworzą udanego, kochającego się małżeństwa, choć mieszkamy wszyscy razem - oni, mój młodszy brat i ja. Ojciec wielokrotnie ranił mamę, rozgrzebując różne sprawy (często pierdoły - przepraszam za słowo) sprzed wielu lat i obrażając dziadków (swoich teściów). Pamiętam jeszcze z lat chłopięcych, kiedy mama wielokrotnie przez tatę płakała, opowiadając mi o tym, co zaszło. Gdy miałem chyba ok. 12-13 lat, ojciec - przy mnie - wyznał mamie, że jej nie cierpi. Teraz, gdy o tym pomyślę, boli mnie to bardzo. To jednak nie wszystko. Wiem, że ojciec zawsze mnie kochał, dawał pieniądze, dbał o byt, ale nigdy nie był dla mnie takim ,,męskim autorytetem" i facetem, którego ja bym chciał naśladować. Co więcej, zwykle największy wpływ na moje wychowanie miały kobiety (mama, ciocia, babcia, itd.), którym jestem bardzo wdzięczny za całe dobro, ale żałuję, że nie miałem męskiej podpory. Zawsze miałem super relację z dziadkiem, ale nie mieszkamy razem, więc to nie wystarczyło... W szkole zawsze byłem wycofany i nieśmiały, nie miałem nigdy grupy kolegów, z którymi byłbym bardzo zżyty. Gimnazjum było ciężkim okresem, a dopiero liceum i studia pokazały mi, że są rówieśnicy, na których można liczyć. Pamiętam też, że jako mały chłopiec nosiłem w sobie coś w rodzaju ,,lęku przed mężczyznami". Mam w pamięci pewne zdarzenie, które to obrazuje: kiedyś mama poszła ze mną (a miałem na pewno nie więcej niż 10 lat) do dentysty. W jednym gabinecie przyjmował dentysta-mężczyzna, a w drugim dentystka. Bardzo przestraszyłem się wtedy, że mógłby mnie leczyć facet, uspokoiła mnie myśl, że jestem zarejestrowany jednak do dentystki. Dziś tak oczywiście nie podchodzę do sprawy, ale taką historię pamiętam.
Co więcej, tata nie pokazał mi, jak być mężczyzną... i nie nauczyłem się, jak zmienić koło w samochodzie, jak radzić sobie w kryzysowych sytuacjach itp. Kiedy działo się coś źle, to najczęściej mama rozwiązywała problemy, a ojciec rozpaczał i zakładał z góry porażkę...
Wprawdzie od liceum zacząłem wzrastać, zmieniać się (i to nie obyło się bez duchowych trudności, np. silnego skrupulanctwa, skrajnej nadwrażliwości i wyrzutów sumienia itp.), ale jaki jestem teraz...
Historię problemu napisałem w olbrzymi skrócie, mógłbym opowiadać o tym całą noc, ale nie o to chyba chodzi...
Czuję, że nie mogę stanąć na własne nogi. I często nie potrafię opanować strachu przed różnymi wyzwaniami. Mieszkam z rodzicami, nie mam swojego dochodu. Choć mam swoje oszczędności i kieszonkowe, w wakacje chciałem podjąć choć na krótko jakąś dorywczą pracę, by zarobić trochę ,,swoich", ale nie mogłem. Mam smutne wizje, że przyszli pracodawcy będą na mnie krzyczeć, że nie zrozumiem poleceń itp. I żadnej pracy nie znalazłem. Choć byłem w I roku jednym z najlepszych studentów - i bardzo lubię swój kierunek, a teraz liczę na stypendium, to boję się, że nie podołam obowiązkom, ciężko idą mi przedmioty informatyczne, gdyż bardzo niepewnie czuję się w pracy z komputerem. Choć ufam Bogu, to czasem - tak po ludzku - obawiam się przyszłości. Gdy widzę na ulicy bezdomnego, to niekiedy nachodzi mnie myśl, że też tak skończę! I jest to myśl bardzo nieprzyjemna!
Jest jeszcze jedna sprawa. Nie jestem homoseksualistą, ale dziewczyny mi się nie podobają. Co więcej, czuję często w sercu coś w rodzaju ,,tęsknoty" za chłopakami, kolegami, mężczyznami. Czasem przybiera to postać myśli homoseksualnych czy fascynacji. Czytałem o tym dużo i chyba wiem, skąd się to bierze (brak wsparcia ojca, zranienia ze szkoły (odrzucenie z powodu sprawności fizycznej w gimnazjum), kompleksy itp.).
Jakiś czas temu zdałem sobie sprawę, że muszę walczyć o swoją męskość i staram się być mężczyzną jak najprawdziwszym (i odpowiednie cechy w sobie budować), ale nie zawsze wychodzi. Od dłuższego czasu wyczuwam skłonność do depresji (zwłaszcza, gdy zostaję sam, gdy wrócę z tak lubianej przez siebie uczelni...), bolesną samotność (choć mam kilku bardzo zaufanych znajomych) i strach przed przyszłością. Już na marginesie wspomnę, że zazdroszczę czasami kolegom i koleżankom z uczelni, którzy są z różnych części Polski i mieszkają np. na stancjach i uczą się samodzielnego życia (ja mieszkam blisko uczelni, więc nigdzie wyjeżdżać nie musiałem). Ostatnio coraz częściej mam momenty, w których czuję się zupełnie zdołowany...
Co mógłbym zrobić? Jak żyć?
Gdy nie dawno pojąłem możliwe przyczyny mojego obecnego stanu (na pewno dzięki Bożemu Światłu), zdawało mi się, że ze wszystkim sobie poradzę, ale teraz, czasami mam wrażenie, iż nie wiem zupełnie nic.
Dziękuję serdecznie za przeczytanie tego długiego listu i odpowiedź. Proszę o modlitwę i sam o niej zapewniam.
Serdecznie pozdrawiam, M.

Witam serdecznie, myślę że mimo czasu jaki upłynął temat nadal jest dla Ciebie aktualny. Słusznie czujesz że obecne problemy czy tez to jak siebie postrzegasz wynika z relacji z ojcem a raczej chyba trudnościami czy rozczarowaniami z nią związanymi. Jako chłopiec miałes i masz dużo potrzeb których spełnienia czekałeś od ojca. Zwykle ojcowie wprowadzaja w świat, oswajają z nim, miedzy innymi pokazujac jak radzic sobie z trudnosciami czy meskimi zadaniami, jak zmana koła w aucie, jak budować i utrzymac dobrą relację z kobietą, tak żeby miłość kwitła. Opisując swojego ojca domyslam się, iż sam chyba glównie był w lęku, wątpiący we własne mozliwosci i głównie krytyczny. Trudno sie dziwić że nie bardzo chcesz się z nim utożsamiać, a z drugiej strony chyba udzieliło Ci się jego myslenie na wlasny temat. Stałe ponizanie krytykowanie, pomniejszanie wartości czy tego co sie rob,i bez jakiegokolwiek docenienia sprawia, że czlowiek potem tez nigdy nie potrafi siebie za nic docenić, to droga donikąd , bo nawet sukcesy nie sprawiają że czujesz satysfakcję. Zawsze ten wewnętrzny krytyk dopatrzy się jakiegoś mini błędu czy niedociągnięcia. Niestety prawdopodobnie brak wsparcia w ojcu spowodował że zaczałeś sam wątpic w siebie i własne mozliwości zupełnie niesłusznie. W większosci są to twoje subiektywne odczucia co do własnej samooceny, bo jak piszesz uczysz sie bardzo dobrze, studiujesz. Pewnie dlatego tez ciągnie ciebie do mężczyzn chcesz nadrobić zaległości, żeby skutecznie radzić sobie w życiu, znaleźć inne wzorce zachowań, reakcji ale tez siebie w tych innych męzczyznach. Co do orientacji, obserwuj siebie, może tak bardzo się krytykujesz, że nawet nie dopuszczasz mysli że jakas kobieta mogłaby Ciebie pokochać, skoro ojciec nie darzył Cie szacunkiem i miłością. Czasem warto porozmawiać z terapeuta w celu zobaczenia siebie bardziej realistycznie ale tez poznac i zrozumiec a z czasem pokochać. Pozdrawiam więcej wiary w siebie!

Monika Szymańska